Wiadomości z Ostrowca Świętokrzyskiego

Powrót
2004-06-22 12:10:00

Nie jesteśmy na samym szczycie, ale i nie upadliśmy

Zdjęcia/załączniki do artykułu:

Kliknij na ikonę aby powiększyć załącznik

      O końcu, przyszłości, nowej płycie, Monice Salicie, konflikcie z wytwórnią płytową oraz o tym, dlaczego "Don't go West"- opowiadają w ostatnim wywiadzie na łamach "Gazety Ostrowieckiej" członkowie grupy "ICH TROJE"- Jacek Łągwa i Michał Wiśniewski.


    Dzień po ostrowieckim koncercie umówiliśmy się w Hotelu Gromada z członkami popularnego w naszym kraju zespołu - "ICH TROJE". Około 14. 30 jeden z ochroniarzy muzyków skierował nas do apartamentu, w którym czekał na nas kolejny barczysty ochroniarz i Jacek Łągwa. Okazało się, że Ania Świątczak - nowa wokalistka zespołu - wyjechała wcześniej, zaś Michał Wiśniewski się kąpie i później dołączy do rozmowy. Oto efekt naszego przesłuchania.


- "6-ty ostatni przystanek" gdzie się on znajduje i dlaczego w tym momencie do niego docieracie?

JACEK: Przystanek to symbol tego, co łączyło nas przez osiem lat, czyli zespołu "Ich Troje". Szósty- dlatego, że to już nasza szósta płyta. To także nasz ostatni produkt, choć nie wykluczamy możliwości powrotu, może kiedyś w dalekiej przyszłości, kto wie? Oficjalnie jednak z tą płytą zespół "Ich Troje" kończy swoją działalność.


- Jaki jest powód tego rozstania?

JACEK: Nie ma żadnego powodu, który zyskałby miano sensacyjnego. Ot, co, doszliśmy do wniosku żeby zejść, gdy idzie dobrze. Po ośmiu latach każdy z nas chciałby odpocząć i zrobić coś po swojemu.


- … ale to nie jest żaden chwyt reklamowy?

JACEK: Nie. Podejrzenia o chwyt reklamowy o wiele bardziej zaszkodziły nam, podobnie, jak i samo ogłoszenie końca istnienia grupy. Większość ludzi pomyślała, że to już zespół się rozpadł. Nasz menadżer koncertowy ma takie przypadki, gdy dzwoni do organizatora, a ten jest zdziwiony, iż zespół nadal istnieje. Ludzie nie zrozumieli, czy ten zespół już się skończył, czy dopiero nastąpi to za kilka miesięcy. Także opóźnienie premiery płyty wyszło bardzo na niekorzyść zespołu.


(pojawia się Michał Wiśniewski… ze szklanką soku pomidorowego z lodem)


- Mówisz, że rozstajecie się będąc u szczytu, a czy ów szczyt nie jest już za Wami?

JACEK: Nie ma teraz jednak również totalnego upadku. Szczyt maksymalny był oczywiście dwa lata temu, ale trudno rozwiązywać zespół w takim momencie. Dotarliśmy do takiego zakrętu, w którym może się pojawić tendencja zniżkowa, ale to nie jest jeszcze chwila, w której musielibyśmy np. wprowadzić cięcia w budżecie koncertu. Spadek popularności jest naturalny, gdyż nie da się dziesięć lat funkcjonować na niezmiennym topie. Żaden zespół w historii muzyki w ten sposób nie funkcjonował, no może z malutkimi wyjątkami.

MICHAŁ: Ja się z tym nie zgodzę. Ktoś mi kiedyś zarzucił, iż są zespoły, które przetrwały, jak Rolling Stonesi. I dobrze, że tak jest, ale tak naprawdę, to sam szczyt jest już dawno za nimi, a istnieją, bo mają swoją publiczność i to jest piękne.


- Ale czy nie jest Wam przykro, że np. przed dwoma laty w Ostrowcu zgromadziliście 7,5 tys. widzów, a teraz mniej? Koncert w Kielcach został odwołany, choć przed rokiem przyciągnęliście tam 12 tys. osób.

JACEK: Poślizg wydania płyty połączony z informacją o rozwiązaniu zespołu spowodował, że zapanował chaos informacyjny. Obsuwa z premierą płyty jest efektem konfliktu z wytwórnią, która zachowała się w sposób irracjonalny i zarżnęła kurę znoszącą złote jajka.


- Ale podobno opóźnienie albumu to Wasza wina, gdyż nie mogliście się zebrać w studio i skończyć materiał?

-JACEK: Płyta była skończona na koniec marca.


- Miała trafić do sklepów 1 czerwca, więc co się stało?

JACEK: To efekt tego, co pojawiło się w prasie o Michale Wiśniewskim i Magdzie Femme. Co prawda była to jego wojna, ale dotyczyła nas wszystkich. Jedna wytwórnia ma i nas i ją, więc, jak można było doprowadzić do takiego zaognienia sytuacji. Co ciekawe, działo się to wszystko z pełnym przyzwoleniem władz wytwórni.

MICHAŁ: Co by nie było, robimy swoje. Nagraliśmy bardzo fajną płytę, a czy ktoś to kupi? Ja się przy pierwszym albumie też nad tym nie zastanawiałem, teraz też tak robię. Robię swoje, dla swojej publiczności, jak ona będzie mnie chciała to ja będę, jeśli nie - to mnie nie będzie.


- Płyty nie ma, a publiczność już podchwytuje numery z albumu np. "piosenka o niczym ważnym", czy "Don't go west" to przypadki takich lekkich numerów do nucenia. Czy taki jest cały album?

MICHAŁ: W dużej części to jednak smutna płyta. Nie mogło być inaczej, bo jest to płyta ostatnia. "Requiem", "Spojrzenia mówią wszystko" są tego najlepszymi przykładami.

JACEK: Jednak jest sporo kawałków na luzie, choć rzeczywiście może nie w zabawowej tendencji.


- "Don't go west", w odróżnieniu od "Keine Grenzen" zawiera chyba lekkie przesłanie antyunijne?

JACEK: Z tym utworem był niezły bajzel. Powstała najpierw muzyka, a później Michał miał napisać do tego tekst. Powstały cztery, potwornie długie, ja z nich złożyłem wersję ostateczną

MICHAŁ: To nie jest piosenka antyunijna, ale chodzi w niej o to, żeby jeszcze jacyś ludzie zostali w kraju. Chciałem pokazać, że Polska jest pięknym krajem. Zostańmy tutaj. Unia to nie Stany Zjednoczone, gdzie zebrało się 30-50 narodowości połączonych przez wojnę w całość. Ta Europa, która powstaje dzisiaj, to może namiastka czegoś takiego, jednak tożsamość narodowa jest różna.

JACEK: Nie myślę globalnie, że wszyscy wyjedziemy, ale dla mnie o wiele gorszym zjawiskiem jest to, że zbyt łatwo i lekką ręką przyjmujemy obcą kulturę zabijając wszystko to, co polskie. Poczynając od języka. Jak byłem małym chłopcem, to były rzuty rożne, teraz mamy kornery, w koszykówce nie ma kroków, a są stepy. To kompletna paranoja.


- "6-ty ostatni przystanek" jest pierwszą… i ostatnią płytą "Ich Troje", na której zaśpiewała Ania Świątczak. Dlaczego Waszą nową wokalistką nie została pochodząca od nas Monika Salita?

JACEK: Ona była w Łodzi na próbie nagraniowej i się nie sprawdziła. Miała tendencję manierycznego śpiewania wokalnego, przez co nie pasowała do zespołu. Potrzebowaliśmy dziewczyny, która zaśpiewa prosto i troszeczkę aktorsko, a nie takiej śpiewającej soulowo z założenia. Wtedy mieliśmy trudną sytuację, bo tych dziewczyn przewinęło się mnóstwo, ale nie było, z czego wybierać, dokąd nie pojawiła się Ania. Jakby nie ona przeszłaby Monika.


- Zmieńmy na chwilę temat. W tym tygodniu miałeś egzamin na pilota, z jakim skutkiem?

MICHAŁ: Zdałem szkolenie, zakończyłem szkołę średnią, a jestem przed maturą.


- Podczas koncertu w Ostrowcu wykazałeś się też meteorologiczną wiedzą, spojrzałeś w chmury i stwierdziłeś, że nie będzie padać.

MICHAŁ: Podstawa meteorologii jest kluczem do sukcesu. W innym przypadku, szkoda gadać.


- Czy naprawdę piłka nożna jest kolejną pasją Michała Wiśniewskiego?

MICHAŁ: Piłkę nożną lubię, ale polską ligą się kompletnie nie interesuję, od kiedy łódzkie kluby obniżyły loty. Jestem kibicem Mistrzostw Świata, albo reprezentacji Polski, ale wówczas, gdy gra dobrze. Nie podniecają mnie wygrane z Albanią, czy Maltą, gdy zaraz za nimi przychodzą wysokie porażki ze Szwedami.


- Czy zaczęliście się już martwić o to, co będziecie robić, kiedy przebrzmi ostatni pożegnalny koncert?

JACEK: Zawsze trzeba myśleć o tym, co dzieje się w przyszłości. Wbrew temu, co sądzi połowa tego kraju, nie zarobiliśmy tyle, aby do końca życia pławić się w luksusach. Są plany na przyszłość. Chciałbym zrobić coś na własny rachunek. Michałowi się to udawało, a ja nie miałem na to czasu….

MICHAŁ: …bo jesteś leniwy. Jak zaczynamy płytę, Jacek zawsze przynosi mi nową piosenkę na urodziny i wie, że tym zawsze zrobi mi najlepszy prezent, tak w zeszłym roku było z "Requiem", a przed dwoma laty z "Babskim światem". Wtedy już miał powstawać nowy materiał, a ostatecznie ukazał się dwa lata później.

JACEK: Może i rzeczywiście też z tego powodu nie zrobiłem nic na własną rękę, ale zawsze było coś do zrobienia. Chcę produkować swoje nagrania i pisać dla siebie. Pragnąłem też zrobić album z piosenkami dla dzieci i już materiał jest ukończony, trzeba go tylko nagrać. Powstał on z myślą o moich rodzicach, którzy są aktorami i robią programy dla najmłodszych.


- A Ty Michale, czy swoją kolejną solową płytę dołożysz do jakieś gazety, aby zaoszczędzić zdrowia na walkę z wytwórnią płytową?

MICHAŁ: Sądzę, że tak. Płytę "Spoko, Panie Wiśniewski" sprzedało się w 1,2 mln egz., a była ona dodana do wkładki, którą sam stworzyłem. Kto ma mi dyktować, jak mam sprzedawać swoją płytę? Wytwórnie też mogłyby sprzedawać tak tanie płyty, ale tego nie chcą. Choć teraz doszliśmy przez to do paranoi, że idąc do kiosku można uskładać niezłą wideotekę DVD. Jeżeli będę miał taką możliwość, to będę chciał dotrzeć do jak największej ilości odbiorców i to jest dla mnie najważniejsze. Chcę, aby mój fan-dziecko z Domu Dziecka nie szło na bazar kupować pirackiej płyty, bo dzisiaj okazuje się, że 30zł, tyle ile kosztuje legalna płyta, to też jest w obecnych czasach dużo pieniędzy, nawet dla mnie. Żeby zrobić show trzeba wszystkim ludziom zapłacić, to nie jest tak, że wszystko zrobi się samo.


- Nadchodzą wakacje, a Ty Michale na listach będziesz konkurował ze swoją żoną, która właśnie wydaje swój solowy album.

MICHAŁ: Nie będę konkurował ze swoją żoną, gdyż ona robi płytę taneczną. Jeśli pomaga jej "Groove Coverage", to na pewno będzie to dobra muzyka taneczna, a nie disco polo. Jeśli robi ona projekt, to będzie to najprawdopodobniej coś jednorazowego. Moja żona fantastycznie śpiewać nie potrafi, a utwory, które trafią na płytę, są takie, żeby była ona w stanie je wykonać. Marta nie jest wokalistką, ona dobrze tańczy i chce występować ze swoim zespołem dając ludziom dobrą zabawę, by mogli odpocząć od kłopotów. Płyta ma jej w tym pomóc. Co ciekawe, mojej żonie uda się to co nam się nie udawało, bo jej krążek ukaże się równocześnie we Włoszech, Hiszpanii, we Francji i na Ukrainie.


- W jaki sposób prócz pożegnalnej trasy będziecie chcieli zakończyć działalność zespołu?

JACEK: Nie było jeszcze żadnych pomysłów, być może jeszcze się pojawi. Jedyne, co chcieliśmy zrobić to zorganizować koncert, na którym zagramy wszystkie nasze kompozycje, ale to na razie sam projekt.

MICHAŁ: Już kiedyś w Szczecinie zagraliśmy blisko 5-godzinny koncert. Najpierw program podstawowy przedłużyliśmy o dwa numery, a później każdy z nas dorzucał, że zaśpiewa to, czy tamto. Na zakończenie zastanawialiśmy się, czego jeszcze dzisiaj nie śpiewaliśmy i tak do pięciu godzin. Naprawdę to były wspaniałe chwile…


- Dziękujemy za rozmowę.


Rozmawiali Paweł Słowiński i Dariusz Kisiel

/ /

Podziel się nim ze znajomymi:

Czytany: 27510 razy,
ostatnio: 2019-02-19 04:00:44

Skomentuj ten artykuł:

Komentarze:

  ~
   
Jeszcze nikt się nie wypowiedział na ten temat.

Powrót

Strona główna  ·  Aktualności  ·  Rozrywka  ·  Turystyka  ·  Komunikacja  ·  Gospodarka  ·  O Ostrowcu  ·  Użytkownicy  ·  Kontakt

Osób online: 254       © 99-2017 MAcSi & Redakcja       Nasze domeny: Ostrowiec Świętokrzyski · Ostrowiec Św. · Naprawa zderzaków

Uwaga! Nasza strona stosuje pliki cookies w celu zapewnienia poprawnego funkcjonowania serwisu i korzystania z naszych usług. Korzystając ze strony wyrażasz zgodę na ich używanie, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki. W każdej chwili możesz te ustawienia zmienić wykorzystyjąc odpowiednie funkcje przeglądarki. Zamknij